Kierownik ZEiMT

  • Syria
  • Izrael
  • Kuwejt
  • Kilimandzaro
  • Ngoro Ngoro
  • Zanzibar
  • Burundi
  • Uganda
  • Elbrus
  • Kaukaz
  • Radżastan
  • Pustynia Thar
  • Indie
  • Chiny
  • Hanoi
  • Wietnam
  • Cu Chi Tunnels
  • Kambodża
  • Angkor
  • Phnom Penh
  • Phi Phi Lae
  • Most na rzece Kwai
  • Brazylia
  • Teheran
  • Izrael
  • Hawana
  • Australia
  • Kuba
  • Nowa Zelandia
  • Timbuktu
  • Mali
  • Miyajima
  • Mt Everest
  • Mt Fuji
  • Machu Picchu
  • Salarde Uyuni
  • Liban
  • Morze Martwe
  • Rio de Janeiro
  • Singapur
  • Chichen Itza
  • Ometepe
  • San Blas
  • Key West
  • Grand Canyon
  • Las Vegas
  • San Francisco
  • New York
  • Namibia
  • Botswana
  • Zimbabwe
  • Mozambik
  • Myanmar
  • Maroko
  • Bali
  • Bali
  • Londyn


Kierownik Zakładu Epidemiologii i Medycyny Tropikalnej Wojskowego Instytutu Medycznego Krzysztof Korzeniewski jest lekarzem, specjalistą w dziedzinie medycyny tropikalnej, epidemiologii oraz dermatologii i wenerologii. 

Od wielu lat zajmuje się problematyką zagrożeń środowiskowych oraz problemów zdrowotnych występujących w odmiennych warunkach klimatycznych i sanitarnych, którym to zagadnieniom poświęcił rozprawę doktorską i habilitacyjną. Rejony jego działalności zawodowej to kraje Bliskiego Wschodu, Azji Centralnej i Afryki Subsaharyjskiej. Uczestnik misji pokojowych ONZ na Bliskim Wschodzie w latach 1999-2000 i 2001-2002, gdzie pracował jako medical i humanitarian officer. W 2004 roku był lekarzem Polskiego Szpitala Polowego w Iraku, w ramach misji stabilizacyjnej Iraqi Freedom. W 2005 roku pełnił obowiązki oficera medycznego misji stabilizacyjnej Enduring Freedom w Afganistanie, jako lekarz Polskiego Kontyngentu Wojskowego oraz specjalista dermatolog w U.S. Army General Hospital. W 2009 roku był lekarzem Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Czadzie, a w latach 2010-2014 pełnił obowiązki służbowe na stanowisku konsultanta Dowódcy Polskich Sił Zadaniowych ds. epidemiologii w Afganistanie. Autor książek o Libanie, Syrii, Iraku, Afganistanie, w których przedstawił zarówno zagadnienia związane z sytuacją geopolityczną, historią, kulturą, religią, jak i wskazówki praktyczne, w tym informacje o zagrożeniach zdrowotnych występujących w ww. krajach.  Autor licznych artykułów do czasopism medycznych w kraju i zagranicą na temat sytuacji epidemiologicznej poszczególnych regionów świata, występowaniu chorób infekcyjnych i inwazyjnych, profilaktyce zdrowotnej w różnych strefach klimatycznych, problemach zdrowotnych uczestników operacji wojskowych w Azji i w Afryce.

Zwolennik turystyki aktywnej, odwiedził z plecakiem kraje Europy, Azji, Afryki, Australii i Oceanii, Ameryki Północnej, Środkowej i Południowej. Podczas wyprawy w lutym 2006 zwiedził Kenię, Tanzanię, Burundi, Rwandę i Ugandę, wszedł na Kilimandżaro i poznał przyjemność wywrotek pontonem w czasie raftingu u źródeł Nilu. W sierpniu 2006 odwiedził Kaukaz i wszedł na Elbrus. W lutym 2007 podczas podróży do Ameryki Południowej zdobył Aconcaguę. W sierpniu tego samego roku odwiedził turecki Kurdystan, w tym biblijny Ararat. Zobaczył także, co słychać u strażników rewolucji w Iranie, który dzięki poznanym tubylcom poznał od kuchni. W listopadzie 2007 wybrał się na miesięczną wędrówkę po Indiach korzystając z lokalnego transportu.

Rok 2008 przyniósł wielotygodniową wyprawę po Dalekim Wschodzie, którą rozpoczął w okolicach Bajkału, by przez stepy Mongolii (i życie nocne w Ułan Bator), Chiny (ze względu na znaczne odległości przemieszczanie samolotem na trasie Pekin - Szanghaj - Guilin - Hong Kong) dotrzeć do Wietnamu (magiczna Ha Long Bay, olbrzymi potencjał turystyczny całego kraju), skąd przez Kambodżę (wszechobecna nędza, korupcja i prostytucja przemieszana z pięknymi zakątkami - Angkor) trafić ostatecznie do Tajlandii (bajkowe pejzaże nadszarpnięte przez tsunami). W listopadzie 2008 nie omieszkał zajrzeć na Kubę, która, póki reżim Castro żyje, jest warta odwiedzin za wszelką cenę.

W 2009 r. dwukrotnie (w czasie pory suchej i deszczowej) wyjechał do wschodniego Czadu, gdzie prócz działalności zawodowej (badania polskich żołnierzy stacjonujących w rejonie obozów dla uchodźców z Darfuru) mógł przyjrzeć się z bliska surowemu życiu mieszkańców Sahelu. Kolejną eskapadą był wyjazd do Brazylii, gdzie kluczowym okazało się poznanie jednego z najpiękniej położonych miast na świecie - Rio de Janeiro oraz odwiedzenie południowoamerykańskiego interioru (m.in. majestatyczne wodospady Iguazu znane z filmu "Misja", oglądane od strony brazylijskiej i argentyńskiej). Druga połowa roku to kolejny wyjazd służbowy, tym razem do Malezji, a stąd kilkutygodniowy wypad z plecakiem do Australii (głównie Nowa Południowa Walia) i Nowej Zelandii (bajeczne krajobrazy, m.in. wędrówki śladami scen z trylogii "The Lord of the Rings" oraz sporty ekstremalne, np. skoki w dół kanionu o głębokości ponad 100 m, tzw. canyon swing). 

Rok 2010 przyniósł dwa wyjazdy służbowe do Afganistanu i badania parazytologiczne żołnierzy Polskiego Kontyngentu Wojskowego. Przełom czerwca i lipca to kolejna wyprawa z plecakiem, tym razem do Peru (Lima, Cusco, Machu Picchu, Arequipa, Kanion Colca, Jezioro Titicaca) i Boliwii (La Paz, Salar de Uyuni). 

W lutym i marcu 2011 r. ponownie pobyt w Afganistanie, a następnie na przełomie kwietnia i maja wyjazd na trekking w Himalaje pod BC Everest. Wejście na Goyo Ri i Kala Pattar, skąd przy pięknej pogodzie, z wysokości 5545 m n.p.m. można było stanąć oko w oko z najwyższą górą świata. Dwa miesiące później kolejny wyjazd, tym razem do Japonii, gdzie można było spotkać się z nowoczesnością (Tokio), historią i tradycją (Kioto), koszmarem wojny (Hiroszima), pięknymi krajobrazami (Miyajima), a także wejść na świętą górę Japończyków – Mt. Fuji. Od sierpnia do października po raz kolejny obowiązki służbowe w Afganistanie, a w listopadzie wyjazd do Afryki Zachodniej, gdzie w Mali można było z przyjemnością eksplorować kraj od Bamako, przez Djenne, Mopti (obowiązkowy spływ Nigrem), Timbuktu (noc spędzona z Tuaregami na Saharze) po kosmiczny Dogon Country, jednocześnie mając podróżnicze szczęście, uciekając przed islamską rewoltą na północy kraju. Ucieczka nastąpiła do Nigerii, gdzie prócz spraw służbowych (kongres medyczny w stolicy kraju, Abudży) można było na własne oczy zobaczyć jak żyją ludzie w najludniejszym mieście Afryki - Lagos (wegetacja milionów w bezkresnych slumsach, ale z uśmiechem na twarzy).

W lutym i marcu 2012 r. praca w górach Afganistanu. W czerwcu podczas kongresów medycznych okazja do skonfrontowania poziomu życia mieszkańców Amsterdamu (kryzys) i Sztokholmu (kryzysu nie widać). W lipcu kolejna globtroterska eskapada, tym razem do Indonezji, Singapuru i na Filipiny. U Indonezyjczyków korki i demonstracje w Jakarcie, podróż klasą ekonomiczną lokalnych kolei do Jogyakarty (miasto nastawione na turystykę, świątynia hinduistyczna w Prambanan i buddyjska w Borobodur), następnie dalsze przemieszczanie się po Jawie, tym razem zdezelowanym mikrobusem po dziurawych drogach, slalomem pomiędzy tysiącami skuterów. O świcie, w tłumie turystów oglądanie wschodu słońca nad wulkanem Bromo, a następnie spacer po grzbiecie krateru. Dalej przepłynięcie promem na Bali i wygrzewanie kości w Kucie (Mielno-Łazy-Unieście, tylko pięć razy większe), połączone z kąpielą pomiędzy dziesiątkami desek surfingowców (idealne miejsce do nauki) i lokalnymi masażami od stóp do głów. Po kilku dniach niższego standardu przeniesienie do pięciu gwiazdek w enklawie luksusu Nusa Dua (zaspokojenie ciekawości, co czuje człowiek wydający wiadro pieniędzy za leżenie przy basenach wypełnionych wrzeszczącymi dzieciakami lub na plaży, na której już o drugiej po południu rozpoczyna się odpływ, a dwie godziny później można co najwyżej brodzić w bagnie wodorostów). Z uczuciem ulgi wylot z indonezyjskiej wyspy do Singapuru, gdzie można było zatopić się w wielokulturowości miasta-państwa w dzielnicy chińskiej, hinduskiej, arabskiej i kolonialnej. Wisienką na torcie był pobyt w hotelu Marina Bay Sands i kąpiel w basenie na hotelowym dachu, na wysokości 55 piętra, z pięknym widokiem na miasto. Kolejna destynacja to Filipiny z olbrzymimi kontrastami poziomu życia mieszkańców stolicy kraju, Manili (luksusowa dzielnica Makati vs. jeden z największych slumsów świata – Payatas) i pięknymi wyspami, powoli zamienianymi w obskurną cepelię (Boracay z White Beach sklasyfikowaną w 2011 r. na drugim miejscu wśród najpiękniejszych plaż świata).Końcówka pobytu w Azji do kongres medyczny w Guangzhou w Chinach i możliwość skonfrontowania, w jak imponującym tempie rozwija się Kraj Środka, jak Chińczycy potrafią ściągnąć do siebie świat i rozwijać nowoczesne technologie, i w jakim miejscu na mapie rozwoju jesteśmy my, Polacy. Bez komentarza.

Przełom lata i jesieni 2012 przynosi kolejny służbowy pobyt w Afganistanie. Po nim, pod koniec roku, następuje miesięczna podróż z plecakiem po Ameryce Środkowej, od Meksyku po Panamę. Na początek wbicie się w tłum 20-milionowej aglomeracji Mexico City, powstałej na miejscu Tenochtitlan (azteckiego miasta zrównanego z ziemią przez Hiszpanów w XVI wieku), z brudnym i chaotycznym centrum (Zocalo), ze stojącym na światowym poziomie, bogato eksponowanym muzeum antropologicznym, a także innymi turystycznymi atrakcjami (muzeum Fridy Cahlo, park Chapultepec, sanktuarium Matki Boskiej z Guadelupe). Wizyta w położonym kilkadziesiąt kilometrów na północny-wschód od meksykańskiej stolicy Teotihuacan, robiącym wrażenie starożytnym mieście (Aleja Zmarłych, piramidy Słońca i Księżyca), w którym w pierwszych wiekach naszej ery mogło żyć nawet 200 tysięcy ludzi. Dalej przejazd autobusem na półwysep Jukatan do klimatycznej Meridy, stąd już skok do Chichen Itza (miasto Majów, uznane w 2007 r. za jeden z nowych siedmiu cudów świata) i dalej do Cancun, nadmorskiego kurortu, który w ciągu 30 lat z małej rybackiej wioski zamienił się w ponad 500-tysięczną aglomerację. Z Meksyku przejazd do Belize - krótki postój w Belize City, przepłynięcie łodzią motorową na Caye Caulker i stąd kolejną motorówką na drugą co do wielkości rafę koralową świata (snorkeling w towarzystwie rekinów i płaszczek). Dalej podróż do Gwatemali, z krótkim pobytem we Flores i obowiązkowymi odwiedzinami w Tikal (największe starożytne miasto Majów, schowane w dżungli, liczące w VIII wieku n.e. około 100 tysięcy ludności), przejazd do Guatemala City (uwaga na kieszonkowców) i stąd kilkadziesiąt kilometrów do starej stolicy Gwatemali (Antigua), absolutnej perełki kraju, zniszczonej kilkakrotnie przez trzęsienia ziemi. Kontynuacja wyprawy przez Salwador (kraj sponiewierany przez wojnę domową, stolica San Salvador z historycznym centrum zamienionym w wielkie, obskurne targowisko, pełne ludzi próbujących utrzymać się przy życiu z drobnego handlu) i Honduras (stolica kraju, Tegucigalpa – znaki szczególne: brudno i ponuro, typowa aglomeracja miejska Trzeciego Świata). Nikaragua i przeniesienie w kolejne klimaty. Stolica kraju, Managua, żywcem wyciągnięta z piosenki U2 (Where the street have no name), czyli trzeba się poruszać na azymut, bo tylko nieliczne ulice mają nazwy. Poza tym, grożąca zawaleniem katedra, zniszczona podczas trzęsienia ziemi w 1972 r., obok muzeum narodowe (szału nie ma) i nieopodal Malecon nad jeziorem Managua z częścią dla lubiących smród i bród (typowa mordownia) oraz z położonym obok terenem wydzielonym z płatnym wejściem (Puerto Salvador Allende, zadbana oaza spokoju). Wyjazd do Granady, z nadzieją na zobaczenie kolejnej środkowoamerykańskiej perełki, i tu rozczarowanie - piękne, kolonialne miasto zamienione w lokalną, tanią cepelię. Ucieczka na wyspę Ometepe i wejście na wulkan Concepcion (czynny). Przejazd do Kostaryki, najdroższego państwa regionu, zarabiającego kokosy na turystyce (nie licząc eksportu kawy i bananów) oraz taniej sile roboczej (milion Nikaraguańczyków pracujących za głodową pensję). Odwiedziny w wulkanicznym parku narodowym z główną atrakcją, czyli wulkanem Poas. Zwiedzanie stolicy kraju, San Jose, która okazała się być zapyziałą mieściną bez wielkich atrakcji. Bliższe przyjrzenie się przemysłowi turystycznemu Kostaryki pozwala zrozumieć jak środkowoamerykańscy spryciarze umiejętnie robią turystów w konia: postery z dymiącym i ziejącym lawą wulkanem Arenal, który w rzeczywistości już od dawna nie daje znaku życia; park narodowy Tortuguero czyli land of turtles (problem w tym, że żółwie można tam spotkać jedynie kilka miesięcy w roku i to nie w szczycie sezonu). Jak to mówią - reklama dźwignią handlu. Podróż po Ameryce Środkowej kończy się w Panamie, która jest prawdziwą atrakcją regionu. Kosmopolityczna Panama City, z panoramą wieżowców przypominającą Hong Kong, Szanghaj czy Nowy Jork, z magicznym Casco Viejo, które przechodzi właśnie gruntowną restaurację większości budynków i ulic (starówka z czasów hiszpańskiego panowania). Znak firmowy kraju czyli Kanał Panamski i możliwość obejrzenia wielkich kontenerowców przemieszczających się z centymetrową dokładnością na śluzach Miraflores. Na zakończenie prawdziwa perełka, czy jak kto woli, raj na ziemi - wyspy archipelagu San Blas - to trzeba zobaczyć i niekoniecznie umrzeć (spędzenie przynajmniej 2-3 dni z dala od cywilizacji, bez komputera i telefonu komórkowego, czyli całkowity reset).

Początek 2013 r. przyniósł kolejny pobyt w Afganistanie, z następną turą badań nie tylko polskich żołnierzy, ale również Afgańczyków. Pomoc humanitarna pod postacią badań w kierunku występowania pasożytów jelitowych, a następnie leczenie zarażonej ludności afgańskiej okazała się być strzałem w dziesiątkę, zważywszy na powszechną prewalencję robaczyc i chorób pierwotniakowych, przekraczającą 30% w lokalnej  populacji. Latem nastąpiła miesięczna podróż po USA, kraju kontrastów, kraju dwóch światów egzystujących obok siebie. Pierwszy świat to zamożna Ameryka z zadowolonymi z siebie i skupionymi na sobie ludźmi sukcesu, z hollywoodzkim uśmiechem śnieżnobiałych zębów, konsumującymi american dream. Aby zobaczyć ten świat, wystarczy włączyć środki masowego przekazu, reklamujące najlepsze na świecie, według Amerykanów,  produkty made in USA. Jest jednak jeszcze drugi świat, który nie jest tak popularny jak pierwszy, ale zdecydowanie bardziej przyziemny i rzeczywisty. To świat patologicznie otyłych, przesadnie wytatuowanych, zaniedbanych, ubranych w byle co i byle jak ludzi, słabo wykształconych, często pozbawionych opieki społecznej i zdrowotnej. Aby to zobaczyć, wystarczy wejść w życie codzienne Amerykanów, podróżując z nimi lokalnymi środkami transportu, zatrzymując się w motelach i hotelach, stołując się w przydrożnych barach i fast foodach. Ta przyziemna Ameryka jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy wejść między ludzi, zamiast oglądać wyselekcjonowane miejsca z ekskluzywnym biurem podróży. Taka właśnie podróż miała miejsce od Florydy przez Luizjanę, Teksas, Nevadę, Kalifornię po Waszyngton i Nowy Jork. Słoneczne Miami z latynoską społecznością skupioną w Little Havana, ze stworzoną do plażowania i imprezowania Miami Beach, z bazą wypadową na Key West, mieście-wyspie położonej 200 km od Miami w Zatoce Meksykańskiej, zaledwie 90 mil od Kuby. Przelot do Nowego Orleanu, mieście jazzu i Louisa Armstronga, z kolorową Dzielnicą Francuską i starymi rezydencjami przypominającymi czasy świetności Południa. Kolejny przelot, tym razem do obskurnego El Paso, przygranicznego miasta z dziesiątkami straganów,  w których Meksykanie robią zakupy azjatyckiej i lokalnej tandety. Przejazd przez pustynne pustkowia do Phoenix, rozwlekłego miasta, w którym daje znać o sobie temperatura powyżej 40oC, a na turystów czeka Scottsdale, mieszanka stylizacji Dzikiego Zachodu i hotelowej współczesności. Gorąco i nudno. O nudę trudno natomiast w kolejnym miejscu wyprawy - Las Vegas. Miasto stworzone od podstaw na pustyni, które miało ludziom dać rozrywkę. I daje ją w 100%. Mimo, że kicz i plastik jest widoczny na każdym miejscu (od piramidy i sfinksa, przez Disneyland, wieżę Eiffla, Łuk Triumfalny po Statuę Wolności), Las Vegas jest miejscem idealnym do zabawy dla każdego pełnoletniego, któremu jest potrzebny reset i odrobina szaleństwa. Kto oglądał pierwszą część Hangover (Kac Vegas), zrozumie o co chodzi. Las Vegas to nie tylko miasto szaleństw i rozpusty, ale również baza wypadowa po okolicy. Absolutnym hitem jest Grand Canyon, bezdyskusyjna perełka regionu. Po drodze miejscem godnym przystanku jest tama Hoovera, dzieło geniuszu inżynierii i katorżniczej pracy tysięcy robotników. Po uczcie dla oczu na pustyni przyszedł czas na odwiedzenie Kalifornii. Los Angeles wita niezwykle przyjaznym klimatem i zaskakuje swoją małomiasteczkowością. Centrum jednego z największych miast USA w niczym nie przypomina wielkiej aglomeracji. W zasięgu marszu można odwiedzić kilka miejsc, m.in. klimatyczny dworzec kolejowy, który bardziej przypomina prowincjonalną stację w Koluszkach niż Railway Station w LA. Hitem Los Angeles są oczywiście Hollywood i Beverly Hills na północy miasta oraz oddalona o 20 km od centrum na zachód Santa Monica. Hollywood to typowa cepelia dla turystów z Sunset Boulevard (aleja gwiazd), Chinese Theatre (odciski dłoni i stóp), czy Kodak Theatre (wręczanie Oscarów). Może na Amerykanach i małych dzieciach robi to wrażenie, ale na dorosłym Europejczyku już niekoniecznie. Beverly Hills będąca enklawą filmowych gwiazd i bogatych ludzi, z najdroższą (podobno) ulicą świata - Rodeo Drive, jest ucieleśnieniem amerykańskiego snu, niedostępnego dla przeciętnego szaraka. Santa Monica czyli plażowanie nad Pacyfikiem i meta słynnej, biegnącej z Chicago - Route 66. Kolejnym kultowym miejscem Kalifornii jest San Francisco, oddalone o ponad 400 km i 8 godzin drogi Greyhoundem. Wielu Amerykanów uważa je za najładniejsze miasto USA. Słynne ulice biegnące w górę i w dół, z pocztówkową Lombard Street (uliczka o ośmiu zakrętach), największe Chinatown, słynny most Golden Gate (popularny zwłaszcza wśród samobójców), kolorowe domy szeregowe będące znakiem firmowym miasta, funkcjonujące zaledwie przez 30 lat, ale znane na całym świecie więzienie Alcatraz, to miejsca stanowiące wizytówkę tego miasta. To, co na pewno daje się we znaki mieszkańcom i przyjeżdżającym do San Francisco, to bardzo zmienna pogoda (czasem słońce, czasem mgła, chmury i zimny wiatr). Gdyby połączyć pogodę z LA i widoki z SF, byłoby to pewnie jedno z sympatyczniejszych miejsc do życia. Po miastach Kalifornii przyszedł czas na wschodnie wybrzeże USA. Stolica kraju, Waszyngton, jest typowym miastem urzędników. The National Mall, 3-kilometrowa promenada między Kapitolem a mauzoleum Lincolna oraz stojący z boku, w połowie drogi White House, stanowią centrum aglomeracji. Znajdujące się w pobliżu pomniki bohaterów II wojny światowej, wojny koreańskiej i wietnamskiej (słynna The Wall), są niewątpliwie miejscami ciekawych spotkań z historią. Koniec podróży po USA miał miejsce w stolicy świata, jak niektórzy nazywają Nowy Jork. Kilkudniowe zwiedzanie miasta miało być gwoździem programu amerykańskiej podróży. Niestety, nie było. Miasto, które nigdy nie zasypia, plac budowy, zaniedbane ulice, dużo śmieci, korki, kiepska komunikacja miejska (Włodarze NYC mogliby udać się po naukę do Tokio, jak w wielkiej aglomeracji może perfekcyjnie funkcjonować metro). Zakwaterowanie w samym centrum Manhattanu, w hotelu Pennsylvania okazało się jednym z najgorszych pomysłów. Wydanie ponad 900 USD za 4 noclegi (bez śniadań) w pokoju, który przypominał zapluskwione pomieszczenie podupadającego hostelu w kraju Trzeciego Świata było kpiną z gości hotelowych, kpiną z podróżnych, którzy przebyli szmat drogi żeby zobaczyć symbol Ameryki. Wynika z tego, że trzeba wydać wiele tysięcy dolarów, żeby być obsłużonym godnie i traktowanym poważnie. Tylko po co, skoro za znacznie mniejsze pieniądze można zobaczyć i wypocząć w rajskiej scenerii zakątków świata, przy których Times Square jest chaotyczną, hałaśliwą i tłoczną kwintesencją bylejakości. Abstrahując od cen na Manhattanie, oczywiście w NYC jest kilka miejsc, które trzeba odwiedzić. Na miłośników sztuki czeka wiele muzeów, chociaż dla laika nie będącego w kursie dzieła, sztuka nowoczesna w MoMa czy w muzeum Guggenheima jest daleka od dzieł tworzonych ręką mistrzów, raczej drogą na skróty i realizowaniem fantazji zbliżonych do wizji pensjonariuszy zakładów psychiatrycznych. Na pewno wjechanie na punkt widokowy Empire State Building jest dobrym pomysłem na zobaczenie panoramy miasta i uzmysłowienie sobie, że Bronx, Queens, Brooklyn, Staten Island to również NYC, chociaż często pomijane lub zapomniane, jak w tytule sprzed lat: tylko Manhattan. Doskonałym miejscem do wypoczynku jest Central Park, nieprzypadkowo zwany płucami miasta. Wokół niego rozlokowane są budynki mieszkalne z apartamentami wartymi nierzadko dziesiątki milionów USD. Ciekawym miejscem do przyglądania się tysiącom spieszących we wszystkich kierunkach ludzi jest dworzec kolejowy Grand Central. Wizytówkami miasta są również Most Brookliński (w remoncie), katedra św. Patryka (w remoncie), Rockefeller Center, czy Statua Wolności, którą można oglądać płynąc promem z Manhattanu na Staten Island lub wybrać się na zorganizowaną wycieczkę. Na południowym Manhattanie, niedaleko kościoła św. Trójcy, można zobaczyć niepozorną uliczkę Wall Street z niepozornym budynkiem giełdy, w którym przelewa się miliardowe transfery. Jest również wiele innych ciekawych miejsc, jednak motto przewodnie obieżyświata brzmi: Nowy Jork, w porównaniu z dziesiątkami rozrzuconych po świecie cudów natury, architektury, techniki nie jest wart wydanych pieniędzy.

Jesienią 2013 r. odbyła się kolejna podróż służbowa do Afganistanu i kolejne badania parazytologiczne polskich żołnierzy i afgańskich cywili. Pod koniec roku następny wyjazd służbowy, tym razem do Arabii Saudyjskiej. Zamknięty kraj (załatwianie wizy to prawdziwa ekwilibrystyka), ortodoksyjni wyznawcy islamu, prawa kobiet zbliżone do zera (w piekącym słońcu żal było patrzeć na ubrane od stóp do głów czarne postacie mające w materiale jedynie niewielki otwór na oczy). Kraj mający jedne z największych pokładów ropy naftowej na świecie ma 40% bezrobocie. Gospodarką komunalną i usługami zajmują się najemni pracownicy z Bangladeszu, Pakistanu i innych biedniejszych państw muzułmańskich, ponieważ Saudyjczycy nie chcą sobie brudzić rąk tego typu pracą. Gołym okiem widać, że gdyby nie ropa, państwo cofnęłoby się do epoki średniowiecza. I właśnie dzięki ropie (póki jeszcze jest) Arabia Saudyjska bije na głowę kraje uprzemysłowione pod względem cen paliw dla użytkowników dróg (kilkadziesiąt groszy za litr). Poza tym ciemność. Muzułmanin może bez przeszkód wejść do kościołów, synagog oraz innych przybytków monoteistycznych religii. Nie-muzułmanin ma zakaz wstępu do świętych miejsc islamu. Jeddach, oddalona zaledwie godzinę drogi samochodem od Mekki, jest doskonałym miejscem wypadowym do spotkania z najświętszym miastem muzułmanów. No way. Najpierw przejdź na islam albo wynocha. 

Pierwsze miesiące 2014 r. to ponowny pobyt w Afganistanie i spektakularny sukces. Z poziomu 15,4% zarażonych polskich żołnierzy w 2010 r. udało się obniżyć wskaźniki zarażeń do 1,2% w piątym roku działalności programu profilaktycznego. Powoli, ale konsekwentnie odrobaczamy Wojsko Polskie. 

Wiosną nastąpiła miesięczna podróż po Afryce Południowej. Rozpoczęła się w Kapsztadzie, jednym z najpiękniej położonych miast świata, gdzie po obowiązkowej wizycie na Przylądku Dobrej Nadziei, Górze Stołowej, ogrodzie botanicznym Kirstenbosch, testowaniu win w Konstancji, przyszła kolej na spotkanie z drugim obliczem Afryki – biedą i slumsami w Gugulethu, jak również spędzenie w przyjaznej atmosferze czasu z uchodźcami z Rwandy, którzy przeżyli ludobójstwo w 1994 r. i próbują się odnaleźć w nowej ojczyźnie. Były również momenty zabawne. Obecność białego w czarnej knajpie, do której nie zaglądają lokalne białasy była lokalną sensacją. Z Kapsztadu dalsza podróż wiodła do Windhoek, stolicy Namibii. Jeśli ktoś lubi samotność, Namibia jest miejscem wymarzonym dla odludków. Dwa miliony ludzi żyje na powierzchni prawie trzy razy większej od Polski. Jest gdzie się schować. Kraj uzyskał niepodległość w 1990 r. i dopiero staje na nogi. Wydawałoby się, że kraina zasobna w złoża uranu, diamenty, złoto i wiele innych surowców naturalnych będzie opływała w dostatki. Nic bardziej mylnego. Liderzy SWAPO, którzy doprowadzili kraj do wyzwolenia spod okupacji RPA, zamienili biały apartheid na czarną dyktaturę. 60% ludności żyje w nędzy (slumsy dziesiątków tysięcy ludzi gnieżdżących się w legowiskach skleconych z blachy i dykty na północy Windhoek robią przygnębiające wrażenie). Z drugiej strony przepych rezydencji prezydenta kraju (wywodzącego się oczywiście ze SWAPO), zbudowanej przez inżynierów z Korei Północnej (wielkimi przyjaciółmi Namibii są również Fidel Castro i Robert Mugabe), rezydencje lokalnych kacyków, mających powiązania z rządzącą partią, warte miliony USD (czy czegoś nam to nie przypomina z czasów PRL i PZPR?). Duże odległości, ale również dobre drogi dają możliwości poczucia się jak easy rider (dozwolone 120/h). Namibia, była kolonia niemiecka, nie zapomina o byłych właścicielach. Swakopmund, nadmorski kurort Namibijczyków, ale również miejsce rezydencji wielu Niemców (którzy mają tutaj swój drugi dom), ze względu na architekturę jest uznawany za bardziej niemiecki, niż miasteczka w Bawarii. 30 km od Swakopmund jest położony Walwis Bay, port Namibii, którego zatokę upodobały sobie tysiące flamingów. Jest naprawdę różowo. Trudności ze znalezieniem organizatora krótkiej wyprawy na pustynię Namib spowodowały, że zamiast na diuny Sossusvlei trzeba było pakować się do autobusu i odbyć 24-godzinną podróż do Livingstone w Zambii, nad Wodospady Wiktorii. Wodospady, które są kaskadą setek tysięcy ton wody rzeki Zambezi można i trzeba zobaczyć z dwóch stron, od strony miasteczka Livingstone w Zambii i Victoria Falls w Zimbabwe. Jeśli ktoś wybiera się w okresie dużego stanu wód, musi spodziewać się obfitych strumieni spadających na głowę, dlatego peleryna przeciwdeszczowa należy do obowiązkowego ekwipunku (do wypożyczenia na miejscu). Wodospady od strony zambijskiej robią wrażenie, ale to co czeka na człowieka po stronie Zimbabwe, to już jest prawdziwy cud natury. Widok olbrzymiej kaskady wodnej w połączeniu z kolorową tęczą i bujną roślinnością może kojarzyć się z rajem na ziemi. Absolutny numer jeden do zobaczenia na kontynencie afrykańskim. Z Vitoria Falls nastąpiła podróż do Maun w Botswanie nad deltę Okavango. Aby jednak tam się dostać, trzeba było z przesiadkami pokonać prawie 700 km lokalnymi środkami transportu. Szczęście sprzyjało, spotkanie z żołnierzem armii botswańskiej w Nata, który zabrał podróżnego z Europy swoim Volvo S60 do Maun, zaowocowało wspólnym spędzeniem czasu. Przedstawiciel afrykańskich sił zbrojnych okazał się bardzo gościnnym i uczynnym człowiekiem. Zaprosił do swojego domu położonego w jednostce wojskowej w Maun (biały cywil kilkakrotnie wjeżdżał na teren bazy wojskowej bez żadnej kontroli wartowników), zorganizował całodzienny wypad swoją prywatną łodzią motorową w obszar delty (ponad 30 km w jedną stronę w labiryncie kanałów), a następnie samochodem do rezerwatu przyrody. Pełny luksus, zamiast brać udział w wycieczkach dla turystów, można było pooddychać Afryką w towarzystwie lokalnej ludności. Botswana, podobnie jak Namibia jest słabo zaludniona, ale za to zwierząt ma bez liku. Na 1,5 miliona ludności przypada ponad 5 milionów słoni, nie wspominając już o antylopach, żyrafach czy żebrach. Żeby je zobaczyć, nie trzeba wjeżdżać do parków narodowych. Wystarczy przejechać się shuttle busem po trasie Kasane-Nata, by natrafić na słonie przebiegające pojedynczo lub w stadzie przez jezdnię. Kierowcy muszą się mieć na baczności. Po spotkaniu z przyrodą w Maun i okolicach nastąpiła podróż w kierunku granicy z Zimbabwe. Kolejną miejscowością na trasie było Francistown, drugie co do wielkości miasto Botswany, które okazało się biednym, zaśmieconym, prowincjonalnym miastem, z tandetnymi sklepami prowadzonymi przez Chińczyków. Produkty made in China za 1 USD w kraju pochodzenia nie robią już furory, ponieważ klientela Państwa Środka jest coraz zamożniejsza, natomiast w biednej Afryce, chińskie podróbki oraz podłej jakości asortyment idą jak świeże bułki. Po Botswanie nastąpił powrót do Zimbabwe. Przebijanie się shuttle busami szło dosyć sprawnie. Ponad milionowe Bulawayo okazało się brudnym, zaniedbanym miastem, w którym widać było przebłyski kolonialnej, brytyjskiej przeszłości w postaci fasad starych budynków, szerokich alei, rozległych parków. Niestety, Jego Ekscelencja Robert Gabriel Mugabe (oficjalny podpis pod zdjęciem prezydenta Zimbabwe, obowiązkowo wiszącym w każdym hotelu) doprowadził kraj do ruiny. Dość powiedzieć, że w 2007 r. załamał się system monetarny i do chwili obecnej Zimbabwe nie posiada własnej waluty (płaci się głównie USD i randami, walutami dwóch największych wrogów Jego Ekscelencji). Z Bulawayo nastąpiła podróż przez Masvingo (zwiedzanie pobliskiego Great Zimbabwe z najwyższymi, starymi budowlami w Afryce Subsaharyjskiej, pochodzącymi z XV wieku) do Mutare, miasta przygranicznego z Mozambikiem. Mozambik okazał się kolejnym krajem z wszechobecną nędzą, brakiem gospodarki komunalnej, ludźmi pozostawionymi samymi sobie. Podróż zdezelowanymi shuttle busami w koszmarnym ścisku, w smrodzie niemytych ciał nie należała do przyjemności. Na trasie wyprawy znajdowała się Beira, drugie co do wielkości miasto kraju, podobnie jak inne aglomeracje regionu, kompletnie zaniedbana, prezentująca resztki kolonialnych, portugalskich czasów. Dalsza podróż wiodła do Vilankulo, opisywanego jako ulubione miejsce wypoczynku Mozambijczyków. Nadmorski kurort okazał się kompletnie zaniedbanym zadupiem z dwoma ulicami na krzyż (dosłownie), w większości skalistą linią brzegową i brakiem jakiejkolwiek infrastruktury przyjaznej turystom. Atrakcja, będąca niewątpliwą perłą Oceanu Indyjskiego, znajdowała się godzinę drogi łodzią motorową od Vilankulo – archipelag wysp Bazaruto. Spędzenie kilku godzin na rafie koralowej, pustynnej diunie i podziwianie rajskich widoków było niewątpliwą przyjemnością. Pozostanie na dłuższy okres było zarezerwowane tylko dla krezusów, którym pieniądze wysypują się z kieszeni. Doba w luksusowym bungalowie dla 2 osób w jednym kompleksów hotelowych równała się wydatkowi 1400 USD, co było jakimś kosmicznym żartem, biorąc pod uwagę, że miesięczna pensja większości Mozambijczyków nie przekracza 200-300 USD. Łatwo policzyć, że za pieniądze przeznaczone na jedną dobę w Bazaruto można spędzić co najmniej tydzień all inclusive w hotelach krajów śródziemnomorskich, z przelotem samolotem, bez oglądania przygnębiającej nędzy. Afryka oszalała. Koniec pobytu w Mozambiku miał miejsce w stolicy kraju, Maputo, które okazało się zaniedbaną, prowincjonalną dziurą bez atrakcji turystycznych, z wysokimi cenami za zakwaterowanie. 

Wyprawa po Afryce Południowej zatoczyła koło i podróżny znalazł się znowu w RPA. Był to jednocześnie powrót do cywilizacji, dobrych dróg, wygodnych autobusów, zakwaterowania cenowo proporcjonalnego do oferowanych standardów. Jednym słowem: normalnie. Po zwiedzaniu Cape Town i okolic na początku wyprawy, przyszedł czas na Johannesburg. Miasto słynące z wysokiej przestępczości i ponad 3-milionowego getta Soweto nie odstraszyło swoją złą sławą, choć nie da się ukryć, nie robiło pozytywnego wrażenia. Całe centrum wielomilionowej aglomeracji, bez obecności białych ludzi (wynieśli się z miejscami pracy i przeprowadzili do domów na północy miasta), było opanowane przez mrowisko czarnych mieszkańców oraz uliczne targowiska z kiepskiej jakości artykułami (przypominające bazar Różyckiego z lat 80.). Z drugiej strony Soweto, które jeszcze 20 lat temu było siedliskiem wszystkiego co najgorsze, zmieniło się w spektakularny sposób. Państwo zainwestowało ogromne sumy w budowę niskobudżetowych domów dla mieszkańców getta, którzy dostali je w prezencie. W całym Soweto pozostało już tylko siedlisko slumsów w Kliptown, gdzie żyje około 20 tysięcy ludzi bez bieżącej wody, z jednym wychodkiem typu toy-toy na kilka rodzin. Na co ci ludzie czekają? Na darmowe domy od państwa. Przypadek bez precedensu. Trudno sobie wyobrazić podobną sytuację w Polsce, gdzie setki tysięcy mieszkańców miałoby dostać za Bóg zapłać nowe domki na przedmieściach. Takie cuda zdarzają się tylko w RPA, kraju bogatych złóż diamentów, złota, platyny, olbrzymiej korupcji, prezydenta poligamisty (osiem żon i trudna do ustalenia ilość dzieci), olbrzymiej dysproporcji pomiędzy poziomem życia białych (10% ludności kraju) i czarnych mieszkańców. Tę dysproporcję podróżny mógł odczuć na własnej skórze, kiedy po kilku tygodniach spędzonych na południu Afryki w skupiskach czarnej ludności, został zaproszony do domu białego człowieka, rodaka z miasta Łodzi, który 20 lat temu wyemigrował na południe Afryki, gdzie wiedzie dostanie życie. Abstrahując od białej oazy wysokich standardów oraz sponsorowanej przez państwo gospodarki komunalnej dla czarnych mieszkańców w RPA, Afryka staje się coraz bardziej przygnębiająca. Kraje biedne są jeszcze biedniejsze niż były, większość ludności żyje w warunkach uwłaczających godności. Mieszkańcy Czarnego Lądu być może mają marzenia, ale nie mają złudzeń. Ich głównym celem jest przeżyć, a raczej przewegetować kolejny dzień. Zdecydowana większość turystów odwiedzających Afrykę przyjeżdża zobaczyć parki narodowe, zwierzęta (wielką piątkę), wschody i zachody słońca. Miejscowa ludność interesuje ich niewiele albo wcale. Jeśli hotelowy turysta ogląda się za tubylcami, to głównie za obsługą serwisową do zrealizowania stałych czynności: wynieś, przynieś, pozamiataj. I tak to się kręci. Niestety.

Po powrocie z Afryki szybkie przepakowanie bagaży, zmiana ubioru podróżnika na mundur oficera i wyjazd do Belgradu na kongres medycyny wojskowej. Kilkudniowy pobyt w Serbii był okazją do spotkania ze stolicą kraju i jej mieszkańcami na terenach spacerowych w twierdzy Kalemegdan oraz wieczorową porą na klimatycznej ulicy Skadarlija. Serbia to kościół prawosławny, a więc była okazja odwiedzić jedną z największych na świecie cerkwi św. Sawy, a przede wszystkim odległą o kilkadziesiąt kilometrów od Belgradu (miasteczko Topola) cerkiew św. Jerzego na wzgórzu Oplenac, mauzoleum rodziny królewskiej Karadziordziewić. Trochę już się w życiu widziało kościołów, cerkwi, meczetów, ale to co można zobaczyć pod Belgradem, robi naprawdę imponujące wrażenie. Wszystkie ściany wewnątrz cerkwi pokryte są piękną mozaiką składającą się z dziesiątek tysięcy misternie połączonych ze sobą drobnych kawałków. Aż dziw bierze, że w tak niepozornym miejscu można zobaczyć taka artystyczną perełkę.

Przyszło kolejne lato, podczas którego nastąpił rodzinny wyjazd samochodem do Italii. Ponad 7000 km objazdówki na sam koniec włoskiego buta dało możliwość powrotu po latach do miejsc zadeptywanych co roku przez miliony turystów. Podobnie jak na początku lat 90., na początek i jednocześnie na deser były odwiedziny w Wenecji. Przyjemnie było powspominać czasy, kiedy student (podchorąży) ze swoją młodą żoną (w piątym miesiącu ciąży) oraz z kolegą również z ciężarną żoną poznawali uroki cywilizacji po niedawnym upadku szczęśliwego socjalizmu. Poprzedni wyjazd odbywał się na przełomie maja i czerwca, kiedy nie było jeszcze najazdu turystycznej szarańczy. Tym razem spotkanie z Włochami miało miejsce w środku lata, kiedy trzeba było wbijać się w tłum i uczestniczyć w zadeptywaniu półwyspu. Wenecja jak zawsze robiąca wrażenie, doskonałe miejsce na wypad we dwoje (poza sezonem). Potem przyszedł czas na San Marino (kiepska kuchnia), przereklamowane Rimini (kurort włoskiej klasy robotniczej i Rosjan) i ucieczka na południe w dwa bardzo klimatyczne miejsca: Alberobello (jedyne w swoim rodzaju trulli, domy przypominające ule) i Matera (włoska Jerozolima, gdzie Mel Gibson kręcił swoją „Pasję”). Przejazd na sam dół „obcasa” (Santa Maria di Leuca) i dalej przez Kalabrię odwiedziny nad Zatoką Neapolitańską. Tutaj, odwiedziny w Pompejach oraz wejście na szczyt Wezuwiusza, sprawcy kataklizmu w 79 r. n.e. Następnie przejazd do przereklamowanego Sorrento i rejs na jeszcze bardziej przereklamowaną Capri. Dalej spotkanie z brudnym i niebezpiecznym nocą Neapolem, który mimo wszystko miał w sobie swojski klimacik. Po odwiedzinach na leniwym południu, przyszła kolej na stolicę. Po drodze nastąpił obowiązkowy punkt wyprawy, odwiedziny na wzgórzu Monte Cassino, z małym muzeum i doskonale utrzymaną nekropolią polskich żołnierzy. Wieczne Miasto po raz kolejny zrobiło pozytywne wrażenie. Współcześni mieszkańcy mają przyjemność codziennego kontaktu z historią, chociaż stonka turystyczna w sezonie zapewne nie wszystkich nastraja optymistycznie. Przebijając się na północ przyszedł czas na Toskanię. Odwiedziny u dobrych znajomych z Koszalina, spędzających kolejny sezon w Magliano in Toscana, były okazją do opróżnienia butelek w doborowym towarzystwie. Dalej podróż wiodła przez kolejne toskańskie miasta: Sienę (ci od palio), Pizę (ci od wieży), San Gimigniano (włoski Manhattan) i Florencję (da Vinci i Michelangelo przeżegnaliby się nogą, gdyby zobaczyli jak 500 lat później w mieście pojemniki na śmieci są zamykane na kłódkę a cena zakupu w cukierni decyduje o tym, czy przysługuje miejsce siedzące przy stoliku). Z Toskanii nastąpił przejazd do będących co raz większą turystyczną atrakcją nadmorskich wiosek – Cinque Terre. Bardzo klimatyczne miejsce, które jeśli nie zostanie wkrótce zadeptane, będzie dobrym adresem na kilkudniowy wypoczynek. Na koniec samochodowej eskapady przyszedł czas na Mediolan, a w nim obowiązkowy shopping (tak to już jest, jak podróżuje się z kobietami) oraz zwiedzenie kilku miejsc. Największe wrażenie zrobił czas oczekiwania na zobaczenie „Ostatniej Wieczerzy” (kilka miesięcy, i wszystko przez ten kod Leonarda da Vinci, świętego Graala i takie tam). Żeby zobaczyć świnkę morską na talerzu przed Jezusem w peruwiańskiej wersji „Ostatniej Wieczerzy” w Cusco, wystarczyło po prostu wejść do miejscowej katedry. Na osłodę pozostały najlepsze lody, jakie człowiek jadł w życiu (cukiernia Shockolat). Doznania smakowe nie do opisania. Na koniec włoskiej eskapady uwagę przykuł jeszcze jeden szczegół. Podczas zakupów w mediolańskich sklepach trudno było nie zauważyć tabunów Rosjan oraz wytresowanych jak małpki włoskich sprzedawców kłaniających się w pas i mówiących po rosyjsku! Ludzie, co za czasy nastały.

Jesienią nastąpił ostatni wyjazd do Afganistanu pod nazwą „operacja ISAF”. Kolejne wypady będą już pod tytułem „Resolute Support”. Wkrótce okazało się, że po odwiedzinach w Azji przyszła kolej na Afrykę. A konkretnie Republikę Środkowej Afryki, gdzie na krótką operację wojskową wybrali się polscy żołnierze. Na przełomie listopada i grudnia trzeba było zrobić naszemu wojsku badania pod kątem występowania chorób pasożytniczych (malaria, parazytozy jelitowe) oraz ocenić, czy panowie w mundurach mogą zawlec do Polski choroby stanowiące zagrożenie epidemiologiczne dla naszej populacji. Prócz badań naszych żołnierzy doszło do spektakularnej współpracy z Elżbietą Wryk, dyrektorem szpitala w Bagandou, miejscowości na południu kraju, gdzie leczona jest ludność miejscowa prowadząca osiadły tryb życia, a także pigmeje z plemienia Aka, żyjący w lesie w bezpośrednim kontakcie z fauną i florą. Uzgodniono przeprowadzenie badań w kierunku występowania pasożytów jelitowych u miejscowych pacjentów. W szpitalu zebrano materiał biologiczny od 600 osób, który dzięki możliwościom transportu wojskowego przewieziono do Zakładu Epidemiologii i Medycyny Tropikalnej WIM w Gdyni. Badania, które wykazały zarażenia u ponad 60% ludności osiadłej oraz u ponad 90% pigmejów, pozwoliły na ustalenie strategii leczenia lokalnej ludności, która była poddawana kuracji przeciwpasożytniczej bez wsparcia laboratoryjnego. 

Rok 2015 przyniósł na początku kolejny wyjazd do Republiki Środkowej Afryki, gdzie dokonano badań następnej zmiany polskich żołnierzy, jak również zebrano materiał biologiczny od 2500 mieszkańców osiadłych oraz pigmejów z rejonu Bagandou i Monassao. Ostatnie, opublikowane badania parazytologiczne w RŚA miały miejsce ponad 30 lat temu w stolicy kraju Bangui. Biorąc pod uwagę liczby, zbadanie pod kątem zarażeń pasożytami jelitowymi 3 tysięcy mieszkańców, w tym około tysiąca pigmejów będzie jednym z największych przesiewowych badań parazytologicznych w tej części Afryki. I kto powie, że Polak nie potrafi. 

Po Afryce, wiosną przyszła kolej na Afganistan i badania stacjonujących tam polskich żołnierzy w kierunku występowania malarii i pasożytów jelitowych. Po powrocie do Polski przepakowanie walizek i wyjazd na światowy kongres medycyny wojskowej na Bali w Indonezji. Po kilku dniach zamiana munduru na ciuchy globtrotera i wyprawa do Myanmar, jak od 1989 r. nazywa się Birma. 

Jeszcze 10 lat temu 90% Myanmarczyków żyło w nędzy, jeden telewizor i telefon przypadał często na całą wioskę. Ostatnie 3 lata przyniosły prawdziwą rewolucję kulturalną i skok cywilizacyjny: większość gospodarstw domowych ma dostęp do telewizji z kilkudziesięcioma kanałami, telefony komórkowe, niektóre nawet komputery i dostęp do Internetu. To, co junta wojskowa blokowała przez ostatnich kilkadziesiąt lat, w ostatnim czasie zaczyna się reżimowi wymykać spod kontroli. W bieżącym, 2015 r. w kraju dojdzie do wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Jeśli generałowie dalej będą trzymać w garści władzę, proces demokratyzacji będzie spowalniany. Jeśli do władzy dojdzie legendarna The Lady - Aung San Suu Kyi, popierana przez większość społeczeństwa i znienawidzona przez wojskową dyktaturę, Myanmar otworzy się na świat. Początek podróży po kraju miał miejsce w Yangon, byłej stolicy, która od kilku lat jest wielkim placem budowy. Kapitał zagraniczny pcha się tu drzwiami i oknami, widząc szansę na wielkie zyski. Najważniejszym punktem miasta, do którego ściągają wierni z całego kraju i tysiące turystów jest pagoda Shwedagon. Tutaj zazwyczaj zaczyna się podróż po tysiącach myanmarskich świątyń, stup, pomników Buddy. Budda stojący, siedzący, leżący; pierwszej setce człowiek zaczyna się przyglądać, po kilkuset kolejnych traktuje je już jak chleb powszedni. Miejsc buddyjskiego kultu w całym kraju jest tak dużo, że bardzo łatwo o przesyt. Po Yangon, jego spektakularnych świątyniach i dziesiątkach kolonialnych budynków pamiętających czasy brytyjskich kolonizatorów, przyszła kolej na podróż samochodem po kraju, z przypadkowo poznanym Myanmarczykiem o imieniu Nanda, który okazał się doskonałym przewodnikiem i kierowcą w jednym. Na trasie można było odwiedzić widowiskową górę Popa ze świątynią na szczycie, absolutny turystyczny numer jeden kraju czyli Bagan z jego ponad dwoma tysiącami świątyń, Sagaing z kolejnymi świątyniami, Amarapura z mostem z drzewa tekowego, drugie miasto kraju Mandalay, jezioro Inle i nową (od 2005 r.) stolicę Naypyidaw. Wnioski po 10-dniowej wizycie są oczywiste. Myanmar jest krajem bezpiecznym, ludzie są nastawieni przyjaźnie, ceny dla Europejczyka bardzo atrakcyjne, miejsc cieszących oko mnóstwo, i nic dziwnego, że jest to obecnie jedna z topowych turystycznych destynacji na świecie.

Latem nastąpiła wizyta w Maroku i podróż po miejscach będących wizytówką tego państwa. Począwszy od Essaouiry (port, medyna), przez Casablankę (meczet Hassana II), Rabat (Mauzoleum Mohammada V, kazba Oudaya, medyna), Meknes (pozostałości po marokańskim Wersalu), Fez (medyna, medresa Bou Inania, medresa Attarine, garbiarnia skór Chouwara), Marrakesz (plac Jemaa el Fna, meczet Koutoubia, pałac El Bahia, mauzoleum Sadytów) po Agadir (największy, nadmorski ośrodek wypoczynkowy Marokańczyków i cudzoziemców), można było spotkać się z historią i współczesnością tego berberyjsko-arabskiego kraju.

Koniec lata to podróż do Szwajcarii, gdzie udział w europejskim kongresie medycyny tropikalnej był okazją do odwiedzenia kilku zakątków krainy Helwetów, począwszy od Bazylei, przez Berno, Genewę i Lozannę. Następnie przepakowanie bagaży i wylot do Kosowa, gdzie środkami transportu Polskiego Kontyngentu Wojskowego nastąpiło przemieszczanie się po krainie Kosowarów (muzułmanie) i Serbów (grekokatolicy) w celu ustalenia możliwości i zasadności udzielania medycznej pomocy humanitarnej przez personel medyczny z Polski. Zarówno Kosowarzy utożsamiający się z Albanią, jak i Serbowie związani ze swoją serbską macierzą przyjęli propozycje konsultacji specjalistycznych i badań laboratoryjnych z dużym zainteresowaniem i wyrazili gotowość do wykonania badań przesiewowych wśród ludności miejscowej. Teraz kolej na nas. Czas pokaże, czy potrafimy tylko wystawiać rękę po pomoc, czy też nauczyliśmy się sami jej udzielać.

Jesień przyniosła wyjazd służbowy do Kosowa, gdzie od wielu lat stacjonuje Polski Kontyngent Wojskowy z dwustu kilkudziesięcioma żołnierzami. Wizyta na Bałkanach miała na celu określenie potrzeb (i możliwości strony polskiej) w zakresie udzielenia pomocy humanitarnej Kosowarom i Serbom. Polscy żołnierze stacjonujący w bazie Novo Selo wykonują zadania mandatowe zarówno na północy zamieszkałej przez ludność serbską, jak i w centrum i na południu, gdzie dominują Kosowarzy. Serbowie nie uznają państwowości Kosowa, na znak protestu wywieszają serbskie flagi, jeżdżą samochodami na serbskich rejestracjach (lub nie zakładają ich wcale, jeśli nie mogą zarejestrować pojazdu w Serbii). Klasycznym przykładem podziału i nierozwiązanego do dzisiaj konfliktu etnicznego jest Mitrovica i tzw. Most Pokoju, który dzieli zwaśnione strony. Lata mijają a szans na pojednanie nie widać. Prawosławni Serbowie są rozgoryczeni, ponieważ oderwano ich od macierzy, żyją w zamkniętych enklawach otoczenie przez społeczność muzułmańską (Kosowarzy stanowią ponad 90% mieszkańców Kosowa). Synonimem serbskiej porażki jest Kosowe Pole niedaleko Prisztiny (pole bitwy z 1389 r.), które przez stulecia było symbolem tożsamości narodowej Serbów, a teraz znalazło się na terenie Kosowa. Jest zaniedbanym terenem ochranianym przez dwóch kosowarskich policjantów (muzułmanie przymierzali się do wysadzenia wieży-pomnika stającego na byłym polu bitwy), do którego mieszkańcy Serbii przyjeżdżają nie jak do siebie, tylko do obcego państwa. Wyobraźmy sobie, że ktoś zabrał nam Grunwald. Większość cerkwi sprzed stuleci na terenach dzisiejszego Kosowa została zburzona lub przebudowana na meczety. Serbowie mają poczucie krzywdy, do obcokrajowców odnoszą się nieufnie, do nas również. Mimo, że jesteśmy w tym samym kręgu kulturowym, mamy podobne języki, podobną mentalność, serbscy mieszkańcy enklaw są nieufni. Do naszej propozycji pomocy podchodzą z obojętnością, żeby nie powiedzieć z niechęcią, mimo że widać, jak jest im ciężko. Ale mają swoje poczucie dumy, które nie pozwala przychodzić po prośbie. Tacy byli i tacy zapewne będą przez kolejne pokolenia. Wśród Kosowarów sytuacja wygląda odmiennie. Chętnie przyjmą każdy rodzaj pomocy. Na dzień dobry proponujemy badania parazytologiczne dzieci. Propozycja zostaje przyjęta i pierwszych kilkaset dzieci w wieku szkolnym z trzech różnych miejscowości zostanie zbadanych pod kątem zarażenia pasożytami jelitowymi pod koniec bieżącego roku. Działalność parazytologiczna Zakładu Epidemiologii i Medycyny Tropikalnej WIM po Azji (Afganistan) i Afryce (Republika Środkowej Afryki) przenosi się do Europy. Jak zwykle, mamy ręce pełne roboty. I pomyśleć, że niektórzy narzekają na brak pracy. Po Kosowie następuje kolejny służbowy wyjazd do Afganistanu, gdzie trzymamy rękę na pulsie lokalnych zagrożeń zdrowotnych. Badania polskich żołnierzy stacjonujących w Azji Centralnej w kierunku występowania zarażeń helmintami i pierwotniakami jelitowymi, jak również w kierunku występowania malarii stają się już rutynową procedurą. Kilku zarażonych zawsze się znajdzie, więc zasadność prowadzenia tego typu działań prewencyjnych nie podlega dyskusji.

Wiosna 2016 roku to Wielkanoc spędzona rodzinnie w Londynie. Pomysł narodził się spontanicznie na zasadzie eksperymentu i złamania dotychczasowej tradycji czyli objadania się przy świątecznym stole. Okazało się, że na takie pomysły wpadły tysiące innych rodzin z całego świata, które podobnie jak my, korzystając z uroków brytyjskiej stolicy, włóczyły się po muzeach (wszystkie otwarte okresie świątecznym), knajpkach, parkach, ulicach. Reasumując, warto było. Z dużym prawdopodobieństwem kolejne europejskie metropolie czekają na nas podczas kolejnych świąt. 

Po brytyjskiej przygodzie przepakowanie walizek i służbowy wyjazd do Kosowa. Po badaniach parazytologicznych polskich żołnierzy w Afganistanie i operacjach afrykańskich przyszedł czas na Bałkany. Wyniki wykazały, że objęcie nadzorem epidemiologicznym naszego bałkańskiego kontyngentu jest w pełni uzasadnione. Oprócz skriningu naszego wojska, ważnym elementem była pomoc humanitarna dla Kosowarów pod postacią leczenia dzieci zarażonych pasożytami jelitowymi (badania zrealizowane kilka miesięcy wcześniej) oraz zebranie materiału biologicznego od kolejnych dzieci chodzących do szkół w gminie Kacanik. W maju akcja parazytologiczna w Afganistanie i leczenie kolejnych zarażonych polskich żołnierzy, z kolei w czerwcu powrót do Kosowa i leczenie dzieci diagnozowanych dwa miesiące wcześniej.

Okres letni to zasłużone wakacje. Najpierw objazdówka po Grecji (widać kryzys i lokalne lenistwo) oraz wylegiwanie na peloponeskiej plaży pod Atenami (przyglądanie się zachodniej klasie robotniczej, której niektórzy przedstawiciele zachowują się tak, jakby niedawno zeszli z drzewa), następnie zmiana stroju plażowego na trekkingowy i podróż do Gruzji, gdzie po kaukaskiej włóczędze (Kazbek i okolice) nastąpiła kilkudniowa degustacja lokalnych win w klimatycznym Tbilisi. Jesienią powrót do Kosowa i Afganistanu, czyli wszystko po staremu.